sobota, 27 kwietnia 2013

Wisteria...festiwal kwiatow - poczatek





Tak jak obiecalam na bieazaco bede pokazywala to co uwielbiam bez granic :)...
Od kilku dni juz cos widac wiec festiwal zapachu, filetu...uwazam za rozpoczety :)...a bedzie jeszcze piekniej gdyz to dopiero jej poczatek:) !!!!
Procz filetu, ktory zagoscil w moim ogrodzie ...wisteria, irysy, bez, lawenda ...pierwszy raz zakwitly czarne tulipany :)...oj juz wiem,ze mam do nich slabosc :)...
a wiec przesylam to co budzi mnie od kilku dni i zasypiam upojona jej slodka wonia...

...dzisiaj jedna z dwoch wisteri, ktora pierwszy raz wspina sie po domu i niemal przecina go w polowie...mysle, ze jeszcze 2 lata i porosnie go w calosci:)...
....druga, o wiele starsza, ktora rosnie przy wejsciu na posesje pokze juz niebawem :)...









środa, 17 kwietnia 2013

Wiosna na calego :) !!!!

Oj troszke mnie nie bylo i zagladam tez na predce :)...
Tak jak opisywalam wczesniej wiosna u Nas trwa juz od lutego choc tegoroczna jej odslona jest i u nas nieco inna niz zazwyczaj.
Nieco inna oznacza ...ciut chlodniejsza choc nijak sie to ma do wiosny w Polsce...
W zeszlym roku pod koniec marca panowaly juz 30C upaly :)...w tym temperatura dopiero od 2-3 tyg dochodzi do 25C ale i tak nieslychanie doceniam to cieplo i sloneczko... !!!!
Tulipany juz powoli przekwitaja ale to naturalna kolej rzeczy...cieszylam sie ich uroda ponad 3 tygodnie...ale za to wisteria zaczyna kwitnac, lawenda juz zaczyna upajac swoim zapachem, rozyczki wyszystkie obsypane sa pakami, bez pokryl sie fioletowymi kuleczkami...ale najwazniejsze,ze slonko niemal nieustannie swieci i swiat od razu wyglada cudownie:)!!!!










Mysle,ze za tydzien, najpozniej dwa oglosze kolejny festiwal zpachu i raju dla duszy :)... mniej wiecej tyle zostalo aby rozkwitly wszystkie paki jakimi obsypane jest moje ukochane pnacze :)... zanudze Was jej zdjeciami:)...szkoda tylko,ze nie moge przeslac tego co cenne nie mniej niz jej uroda...czyli zapach...ktorym niestety bede upajac sie "samolubnie"...

środa, 20 marca 2013

Francuzeeeeem byc :)...

   

Z perspektywy minionych 5-ciu lat zaczynam poznawac , po woli rozumiec i bezustannie obserowac tych, z ktorymi zlaczyl mnie los…

Cofajac sie wspomnieniami kilka lat wstecz przypominam sobie jedno zdarzenie, ktore na ulamek sekundy " zwiazalo mnie " z tym obcym, dalekim i calkowicie nieznanym mi krajem.

Pewnego razu bedac w odwiedzinach u swojej babci jako dorastajaca dziewczynka uslyszalam jak ta opowiadala mojej mamie o paczce jaka otrzymala od swojego starszego brata z …Francji.

Pamietam jak tego dnia z wypiekami na twrzy opowiadala cos mojej mamie ubrana w dziwny jak dla mnie wtedy niebieski sweterek z kolnierzykiem, ktory jak sie domyslilam pochodzil zapewne z zagranicznej przesylki…

Przez chwile zastanawialam sie wtedy… gdzie ta Francja, dlaczego on od wielu lat jest tak daleko i jakie to wszystko dziwne, jak mozna bylo wyjechac tak daleko i nigdy nie wrocic do Polski, do rodziny…

Po chwili zalowalam tego starego i jak mi sie wydawalo na pewno samotnego czlowieka, ktory po wielu latach przeslal list swojej nie wiele mlodszej siostrze…

Pamietam jak wtedy pomyslalam : Francja…musi byc zapewne piekna, dostojna i …taka odlegla. Kilkanascie lat temu zarowno Francja lezaca nie tak daleko od Polski jak i Chiny znajdujace sie na innym kontynencie byly dla mnie tak samo abstrakcyjne, tak samo odlegle, zagadkowe, tajemnicze i niedostepne…bynajmniej na jeszcze kilka lat…

Jak wspominalam w pierwszych wpisach Francja nie powitala mnie tak jak sobie to wymarzylam. Wszystko bylo nie tak, pamietam ciemne zaplakane niebo o 14,30 po poludniu, zatloczone lotnisko, silny wiatr i deszcz, ktory zakrywal wszystko co staralam sie zobaczyc przez okno samochodu…

W Polsce dzien wczesniej spacerowalam po sniegu a kilka godzin pozniej w obcym panstwie szalala wichura a i niebo wcale nie zamierzalo przestac plakac… tak jak i moje serce przez pierwszych kilkanascie dlugich miesiecy…

Jacy oni sa ????

Tyle razy juz mi sie wydawalo,ze ich poznalam gdyz staram sie im bacznie przygladac…ale to niekonczaca sie historia, co krok, cos nowego…



                               Niespiesznosc i usmiech, ktory nigdy nie znika…

Jedno wiem na pewno, Francuzi to ludzie, ktorzy zyja bez pospiechu, oni nigdy sie nie spiesza zarowno w pracy, jak i na zakupach, wszedzie…

Przywitanie sie z sasiadem, zapytanie co slychac, zyczenie sobie milego dnia to codzienny rytual, bez najmniejszego wyjatku, to samo tyczy sie zwyczajow w pracy. Kazdego ranka kazdy wita sie z kazdym calujac sie w policzek i zapytujac ça va ? Nie wiem na czym polega ten fenomen ale witajac sie oni zawsze sa usmiechnieci ! Niekiedy wiedzac o roznych klopotach, problemach nikt sie z tym nie zdradza, bynajmniej nie na powitanie, to zawsze odbywa sie w tak samo milej atmosferze.

Zakupy…sklepy, supermarkety…tam zawsze jest tlum, niezaleznie od pory roku. Wszyscy niemal spacerujac niepospiesznie robia swoje zakupy chetnie dyskutujac z przypadkowymi wspoltowarzyszami. Przy kasach bardzo czesto obserwuje starsze osoby, ktore dyskutuja z kasjerem po woli wypakowujac swoje zakupy…czesto taka niewinna rozmowa zajmuje dodatkowe kilka minut i zawsze konczy sie usmiechem, zrozumieniem i zyczeniem milego dnia. Na poczatku wspomninajac swoje dawne zakupy w sklepach, supermarketach balam sie,ze lada chwila ktos z dlugiej kolejki nie wytrzyma i “oberwie sie” jesli nie kasjerce to nawet byc moze starszej Pani…a tu nic, za kazdym razem ten sam spokoj, to samo zrozumienie…zadziwiajace jak rozna bywa kultura, podejscie i chyba usposobienie nas wszystkich.





                               Naturalna swoboda na kazdy temat, ogromna otwartosc…



Od samego poczatku sluchajac francuskiego radia upajalam sie ich muzyka, romantycznymi piosenkami nie zwracajac uwagi na to co wypelnia czas miedzy nimi dopoki jezyk nie stal sie ciut bardziej przyjazny, zrozumialy…

Swoboda z jaka prowadzone sa rozne audycje radiowe…jedno co mi sie nasuwa na mysl, to fakt, iz niemal kazda dyskusja, omawiany temat predzej czypozniej dotyczy….. erotyki, relacji damsko-meskich, seksu…rozmowa o tym jest dla nich tak samo latwa, banalna jak rozmowa o podogdzie  !





                            Gestykulacja, piekny jezyk osob starszych , pogodna starosc…

Najbadziej lubie obserwowac i “podsluchiwac” starsze osoby… jestem zakochana w ich sposobie bycia, gestykulacji, manierach i jezyku…bardzo kulturalnym, staro-francuskim jezyku, ktory niestety jest juz zmieniany przez mlodsze pokolenia. Ich wzydachanie, sapanie, machanie rekoma…uwielbiam…uwielbiam sluchac, patrzec i obserwowac ich zachowanie podczas konwersacji.

Bardzo podoba mi sie tutejsze podejscie do osob starszych, choc doskonale pamietam swoja mine, gdy moja kolezanka 5 lat temu opowiadajac mi o swojej rodzinie napomknela o ukochanej babci w Domu starcow… Boziu, Dom starcow…jak oni mogli ja tam oddac???????????? Widzac moja mine zaczela a raczej probowala wytlumaczyc mi,ze to cos normalnego, nic zlego, wrecz przeciwnie…

Gdy moj syn kilka razy do roku odwiedza tutejszy Dom starcow “maison de retraite” , ktory znajduje sie tuz obok szkoly uswiadamiam sobie jak on wlasciwie funkcjonuje. Raz jako jedna z wielu rodzicow towarzyszylam dzieciom w takich odwiedzinach i na wlasne oczy zobaczylam wielu bardzo radosnych i chyba nawet szczesliwych staruszkow…to chyba zaskoczylo mnie najbardziej…ich pogodne twarze, ktore cierpliwie odpowiadaly lub opowiadaly jakies stare i ciekawe historie zasluchanym maluchom. Na zewnatrz Dom otooczony jest duzym, otwartym ogrodem pelnym laweczek,k rzeselek z placem zabaw dla wnukow, ktore odwiedzaja swoich dziadkow…

Zadnych plotow, zadnych siatek, zadnych przeszkow…otwarta przestrzen…

Szacunek, bliskie obcowanie z ludzmi starymi, niedoleznymi …tego od malego uczone sa dzieci i chwla im za to!





                                 Edukacja z duzym zastrzykiem zaufania i swobody…


Nie zapomne pierwszych dni, kiedy to moj syn rozpoczal swoja przygode z przedszkolem, szkola…

Kazdego poranka niezaleznie od wieku czy ma sie 3 lata czy lat 11-cie na powitanie dzieciaczki cmokaja sie w policzki miedzy soba i …ze swoja nauczycielka :)… zawsze zwracajac sie do niej po imieniuJ…

Za kazdym razem usmiechalam sie widzac biegnacego syna do klasy, wolajacego:
Bonjour Marie i cmokajacego ja w policzek
a ona niezmiennie z usmiechem, buziakiem odpowiadala : Bonjour Mateusz :)… i tak z kazdym bez wyjatku…

Nie czesto zdarza mi sie odbierac syna ze szkoly, wlasciwie od 2 lat sa to jedynie piatki lecz jedno sie nie zmienilo…” à demaine Marie… à demaine Mateusz, bonne soirée!…” ( do jutra Mari, do jutra Mateusz, milego wieczoru!)…

Zastanawia mnie jedno jak dajac tak duzo swobody w relacjach nauczyciel-uczen, nikt nie przekracza niewidzialnej granicy i nie ma mowy o jakim kolwiek braku szacunku w owych relacjach!

Lekcje czesto odbywaja sie na ogladaniu audycji , robieniu doswiadczen lub pracy w terenie…

Nie istnieje pojecie “godziny lekcyjnej”…tutaj dany przedmiot i przerwa zaczyna sie wtedy, kiedy nauczyciel przedstawil to co zamierzal i wszystkie dzieci skoczyly to co bylo zamierzone…

Pamietam swoje zdziwienie gdy wypytywalam syna o dzwonek po pierwszej lekcji…patrzyl na mnie kompletnie nie rozumiejac o co pytam… Wytlumaczyl mi,ze jesli np maja jezyk francuski to zazwyczaj koncza po ok 1.5 godziny …i tylko gdy wszystko jest skonczone Pani oglasza przerwe, nidy gdy temat nie zostal zamkniety… wtedy dzieci moga opuscic klase i wyjsc na zewnatrz a tam…jak zawsze gra w foutbool!!!!

Nauka we Francji odbywa sie 4 razy w tygoniu w scisle okreslonych godzinach:

od 9.00 do 12.00 – 13.30 do 16.30 pomijajac srody, ktore zawsze sa dniem wolnym.



                                                 Przerwa obiadowa, rzecz swieta!



Przerwa od godz 12.00 do 13.30 jest przerwa obiadowa, ktora dzieci spedzaja na stolowce lub jesli chca wracaja do domu na posilek z rodzicami, ktorzy w swojej pracy obowiazkowo maja taka sama przerwe obiadowa.

Tak wiec codziennie spotykamy sie w domu na obiedzie, nie trwa to dlugo gdyz dojazd do domu zajmuje nam ok 10 min i Mateusz zawsze pierwszy na nas czekaJ…ale za to ostatni wychodzi wracajac na popoludniowe zajecia do szkoly.

Wszystkie sklepy ( nie liczac najwiekszych supermarketow) , zaklady pracy, urzedy od 12.00 sa pozamykane do godz 13.30-14.00.

Wszystkie przydrozne restauracyjki, bary, kawiarenki sa zatloczone… wszyscy delektuja sie swoim posilkiem jak i towarzystwem!

Jesli godzina ZERO zastanie kogos w trasie…ciezarowki, samochody zatrzymuja sie na poboczu i kazdy korzysta z tego co ma zagwarantowane…czyli obiad i zasluzony odpoczynek :)….



                             Nieopisana, szczera goscinnosc i umilowanie do apéro…


Od samego poczatku zaskoczona bylam cieplym przyjeciem, zyczliwoscia i goscinnoscia naszych znajomych i nie tylko…poniewaz gdy napotykalismy znajomych naszych znajomych od razu stawalismy sie ich znajomymiJ…ilosc usmiechnietych, francuskich buz rosla w zastraszajacym tempieJ…

Tutaj kazdy wpada do kazdego o kazdej porze dnia…i zawsze jest witany jak najbardziej wyczekiwany czlonek rodzinyJ… Dla mnie to fenomen, niemal kazdy weekend, wiele wieczorow w tygodniu spedzaja w czyims towrazystwie! Od progu zawsze goscia wita umiechnieta twarz zapraszajac do domu , wymieniajac regionalne trunki jako propozycja APERO, ktore jest tak oczywiste jak u nas kawaJ…

Ilez oni pija, to niewiarygodne…czesto na zakupach widze w kazdym koszyku choc 2-3 butelki wina lub innego alkoholu ( absolutnie nie wylaczajac zakupow starszych osob, czy samotnych babciJ :) ) ale tutaj to nikogo nie dziwi….dziwi raczej to gdy wsrod zakupow nie slychac dzwieku szkalnych butelekJ….



                                                       Milosc do roz i nie tylko…

To wlasnie tu beznadziejnie zakochalam sie w rozanych ogrodach…

Pamietam swoje pierwsze spacery waskimi uliczkami. Wiele ze starych samotnych domow bez wiekszego ogrodu obrosniete byly pnacymi rozami, ktore pieknie komponowaly sie z kamienna fasada starego budynku. Domy, ktore posiadaly choc troszke terenu procz roz je porastajacych tryskaly kolorami i zapachem roz, ktore bardzo czesto rosly przy ogrodzniu dzialki wystawiajac swoje glowki na zewnatrz aby kazdy, kto akurat przechodzi mogl podziwiac ich urode i zapach…

Najbardziej zaskoczyla mnie ich ilosc…chyba nie ma domu, ogrodu w ktorym mogloby zabraknac roz…ogrody zazwyczaj porosniete sa wisteriami, oleandrami, kolorowymi pnaczami, palmami….ale ONE po prostu sa wszedzie  ku mojej wielkiej i nieopisanej radosci!!!

Wiele rond, rabat miejskich, wjazdow, zjazdow porastaja wlasnie ogromne rozane rabaty, ktore bardzo czesto obsadzane sa lawendami …




                                                Prawo to prawo!...a zandarm jest najwazniejszy :)....


Prawo-rzecz swieta moglabym powiedziec z czystym sumieniem!

Nie zaleznie czy chodzi o przepisy drogowe, ubezpieczeniowe, podatkowe , czy pracownicze…

Niezwykla rzadkowscia jest np. spotkac “pirata” drogowego… Tutaj po przekroczeniu predkosci o 40-50km zabierane jest prawojazdy na kilka miesiecy, podobnie jak z jazda po alkoholu!

Nikt nie bawi sie w straszenie mandatami, punktami…to jedynie za drobniejsze uchybienia… porzadek musi byc…i JEST!

Placenie zanizonego ZUS-u, zanizanie dochodow…oj to nie tu, zastanawiam sie czy chociaz komus by to wogole przyszlo do glowy ???? oj raczej NIE.

Pracujac zarabiasz tyle ile zarabiasz i wiesz jaka bedziesz mial emeryture, nie ma podwojnych kopert na wyplate, na drodze czujesz sie w miare bezpiecznie a przypominaja ci o tym tysiace fotoradarow ustawionych wszedzieJ…wiec i przestrzegac przepisy jest moze i nieco “latwiej” :)…



To kilka z moich pozytywnych spostrzezen na temat Francuskiej natury….choc sa i minusy a raczej rzeczy, ktore mnie zaskoczyly mniej pozytywnie ale o tym moze kolejnym razem….

sobota, 9 marca 2013

Pierwsze pachnace paki, blekit nieba i zapach zonkili....


Wiem, wiem troche mnie nie bylo i powody jak zawzse bardzo przyziemne...
...ale od okolo 10 dni upajam sie blekitem nieba, kazdym promykiem slonka, zapachem pierwszych zonkili...
W zeszly weekend przycielam wisterie, wszystkie roze, hortensje drzewiaste, i inne krzewy...
Wybralam sie tez do centrum ogrodniczego po zakup ziemi i...nie mogac sie powstrzymac dokupilam kolejne 3 roze :)... mina meza "bezcenna" po tym jak obiecalam zeszlej jesieni,ze do kolejnej nie kupie juz zadnej:)... ale czy takiej maniaczce roz mozna wierzyc:)???? obawiam sie,ze zdecydowanie NIE:)!
a wiec kolejne damy juz posadzone, zdazyly juz nawet puscic nowe listeczki wiec wierze,ze spodobalo sie im u mnie i ...dobrze nam bedzie razem:)....

i oto ciut mojego nieba, moich kolorow , moich pierwszych zapachow...


Jeszcze bardziej niz ja zadowolona jest Zuzia:)... od samego poranka do wieczora wygrzewa sie na konarach naszej starej wisterii...och to dopiero jest luksus i pelnia zycia:)...




p.s

jesli chodzi o ciecie wisterii, to tutaj zasada jest jedna:
...tniemy z poczatkiem wiosny za 5-tym pakiem...:)...powodzenia!!!!!








piątek, 15 lutego 2013

juz niebawem, juz tuz, tuz...




Patrzac na szalona Zuzke,ktora czasami zachowuje sie jak hart na wyscigach, predkosc z jaka przemierza salon i jadalnie zmierzajac docelowo do kuchni zawsze wprawia mnie w dobry humor i zastanawia jak tak male kocisko potrafi tak szybko biegac i do tego niemal w 99% zawsze « zmiescic sie » w wejsciu prowadzacym do kuchni.

Ostatnio wchodzac do salonu zobaczylam ja pod sufitem i…wlasciwie to byla chyba tylko kwestia czasu kiedy nasza szalona kicia zacznie wspinac sie na dwie ponad 100 letnie drewniane belki ( slupy) , ktore pozostawilismy w naszym domu…





… Coraz wiecej slonca, coraz wiecej energi rozpiera zarowno naszego futrzaka ale i chyba mnie tez …

Zimy w naszym regionie przypominaja angielska jesien…wciaz pada, pada, pada…

Z jednej strony ma to swoje zalety gdyz prawdziwa zima nigdy nie nadchodzi a piekna i sloneczna jesien trwa do konca listopada, nie musze sie martwic o przymrozki, snieg czy lod gdyz temperatura bardzo rzadko kiedy spada ponizej zera. Kolejnym plusem jest to,ze i wiosna nadchodzi zdecydowanie szybciej …zawsze z utesknieniem czekam na zakonczenie zimowej « pory deszczowej » bo wtedy juz wiem,ze nadchodzi wiosna a wraz z nia pojawia sie tulipany, ukochane przeze mnie szafirki i …zakwitnie wisteria !!!!



Moja poczciwa staruszka ma sie doskonale i…za maksymalnie 2 tygodnie bede wiosennie przycinac moj ukochany krzew by wiosna upajac sie nie tylko jego nieopisana uroda ale i najpiekniejszym z znanych mi zapachow …

Trawnik od 2 tygodni obsypany jest stokrotkami i kwitnacymi fiolkami…wszystkie roze maja juz sporo listkow i nowych przyrostow, byliny pokazuja juz mlodziutkie zielone listeczki, hortensjowe lodygi pokryly sie nabrzmialymi pakami, irysy rosna jak na drozdzach, narcyzy kolysza sie na wietrze, tulipanowe listki juz powychodzily spod ziemi … jak nic nadchodzi wiosna !!!!!!



Latem gdy ogrod w pelni najczesciej zachwycam sie nowymi pakami roz i harmonia kolow …a dzisiaj…do szczescia wystarcza tak niewiele …usmiech wywoluje samo pojawienie sie pakow na krzewach, kazdy nowy zielony listek sprawia,ze swiat wyglada piekniej…to zadziwiajace jak nasze postrzeganie piekna zmienia sie wraz z porami roku …


Ostatni miesiac nie byl ani latwy, ani mily i zmienil bardzo wiele…po dlugich dniach spedzanych w pracy, po krotkich wieczorach z nosem w ksiazkach…nie zapominam ale chyba po woli zaczynam dostrzegac ,ze zycie musi i biegnie dalej…

…Od kilku dni juz bez lez witam sie z nim po powrocie z pracy, kiedy na sekunde siadam na lawce by powiedziec szptem : « Witaj Brutuniu, juz wrocilam…nadal bardzo tesknie kochany moj…do jutra… »

O ile moi chlopcy wykazali sie duza wrazliwoscia i cierpliwoscia wobec mnie i mojego chwilowego « zamkniecia sie » w sobie o tyle Zuzka z dnia na dzien coraz wyrazniej zaznaczala swoja obecnosc szalonymi rzeczami jakie robila…nie sposob bylo nie usmiechnac sie w duchu patrzac na to male tornado, ktore zawladnelo naszym domem i naszymi sercami…

Jakim cudem koncem zeszlego lata los postawil na naszej drodze to male, wychudzone « cos »…wowczas nieco obawialam sie jak zareaguje Brutus na taka mala znajde ale wizja dwoch kocich przyjaciol zawsze byla bliska memu sercu i pierwszy raz spelnilo sie to o czym zawsze marzylam...

No niestety nieoczekiwanie Zuzia zostala sama… ale robi wszystko aby dom tetnil zyciem …

Mimo iz w pracy czasu brak na najmniejsze przyjemnosci, mimo,iz dwa razy w tygodniu wracam bardzo pozno do domu, mimo,iz kazdy wyteskniony weekend mija jak ulotna chwila i pozostawia po sobie wrazenie jakby czas przelatywal mi miedzy palcami…kazdego niedzielnego wieczoru juz wyczekuje nastepnego piatkowego popoludnia i obiecuje sobie,ze lepiej wykorzystam kolejny weekend…



Juz sie nie moge doczekac leniwego popoludnia w ogrodzie z kubkiem kawy w dloni i buzia wystawiona do slonka…juz niebawem, juz tuz tuz…



Pogoda na weekend zapowiada sie obiecujaco 13C i slonko ( brak opadow  !!! ale za to kolejny tydzien choc bedzie cieply to niestety nadal bardzooo mokry ) …gdyby nie moja ciezka angina z ktora zmagam sie od ponad tygodnia zapewne wzielabym sie juz za wiosenno-ogrodowe porzadkiJ…ale wiem,wiem, ze nie powinnam kusic losu , musze wykazac sie rozsadkiem i wszelkie swoje ogrodowe plany przesunac minimum o 1 tydzien…ale rozum to jedno a potrzeby duszy to juz zupelnie inna sprawa :) …



p.s



NIE moge nie wspomniec o cudnej ksiazce jaka przeczytalam…to zdecydowanie moj NUMER 1, polecam kazdemu i mysle,ze nikt nie bedzie rozczarowany… jestem dumna,ze jestem kobieta, a jeszcze bardziej niz wczesniej jestem dumna,ze jestem polka…ksiazka na podstawie pamietnika pewnej niezwyklej i wyjatkowej kobiety…

a wiec:
CzI: “ Nie ponaglaj rzeki”

Cz II “ Pod purpurowym niebem “

Cz III … czekam z nieopisanym utesknienie i niecierpliwoscia na polskie wydanie !!!!

wtorek, 29 stycznia 2013

Ksiazka jako moj lek na smutek ...




Mimo iz minelo juz kilka dni nadal nie umiem przestac tesknic a serce boli niemal tak samo.

Wiem,ze ze wzgledu na moja przwlekla chorobe nie moge sobie w zadnym wypadku " pozwolic " na dlgotrwale stresy…tylko jak mam oszukac serce i wmawoac sobie ze nic sie nie stalo…

Za namowa najblizszych spobowalam dla wlasnego dobra choc w minimalnym stopniu "zajac sie " czyms…

Rzeczami jakie zawsze przynosily mi wyciszenie bylo malowanie lub czytanie.

W obecnej chwili nie czuje sie na silach aby stworzyc cos co zawsze w zamarze mialo wprowadzic radosc, usmiech lub promyk slonca do moich wnetrz.

Jesli nie malowanie…pozostala dobra ksiazka…choc i na nia szczerze nie mialam najmniejszej ochoty…ale ptrzebowalam czegos co zajmie moja glowe…chocby chwilowo…

Jesli chodzi o ksiazki…uwielbiam je niezmiernie, upajam sie chwila przekladania kolejnej kartki, widokiem ksiazki lezacem grzbietem do gory " czekajacej " na moj powrot i ta ciagla fascynacja, ciekawosc i radosc jaka daje poznawanie roznych losow, historii, miejsc, wspomnien…

To zabawne ale pamietam jak bardzo nie lubilam czytac szkolnych lektur… zadziwiajace jak to czlowiek nigdy nie wie jak zmieni sie jego podejscie do roznych rzeczy…

Sposrod ksiazek jakie ostatnio przeczytalam jest kilka "latwych, lekkich I przyjemnych " , jest kilka bardzo ciekawych I jest kilka, ktore bynajmniej mnie sklonily do chilowego zatrzymania sie, po ktorych zmienilam swoj poglad na kilka spraw, ktore sprawily,ze doceniam swoje terazniejsze zycie, czasy w jakich zyje oraz to co mam nie pragnac nic procz zdrowia.

Byc moze na poprawe nastroju powinnam sobie wlasnie wybrac cos z kategori " latwe, lekkie i przyjemne " jak np" Houston mamy problem" Katarzyny Grocholi, ktora polecam na poprawe nastroju ale nie wiedzac czemu siegnelam po cos co bardziej pasowalo do mojego "stanu ducha"…

Szukajac nowych tutulow czasami wchodze na fora czytomaniakow i spisuje kilka tutulow, ktore polecaja " ksiazkowi specjalisci "…

W starym notesie na mojej dlugiej liscie " polecanych ksiazek" zostalo jeszcze sporo nie wykreslonych pozycji i wlsnie nadszed odpowiedni czas aby skreslic kolejna z nich …

1.5 roku temu gdy bylam dlugo chora opisywalam jak mialam "czas dla siebie" , ktory w duzej mierze poswiecalam na czytanie, co pozwalalo na chwile zapomniec o bolu, smutku i roznych tesknotach…

Wtedy tytuly polecanych ksiazek znikaly z mojej listy w niesamowicie szybkim tepie.

Pamietam jak rozpoczynalam od swojej fascynacji a raczej ciekawosci sprawami Watykanu i raczej nie chodzi mi tutaj o poszukiwanie typowo religijnych doznan J… milo wspominam np "Demony i Anioly" , "W imie Boga" lub "Tajemnice Watykanu" … wciagnal mnie rowniez tajemniczy "Dom siostr "

ale najbardzie zaskoczyla mnie trylogia 3 czesci, ktora przeczytalam jednym tchem…to jedna z tych ksiazek ktora zmusiala mnie do innego spojrzenia na swiat…

Kiedy wybierajac na chybil trafil pozycje z mojej dlugiej listy o tylule JEZDZIEC MIEDZIANY nie przypuszczalam iz przez najblizsze kilka dni zarywajac noce pochlone 3 czesci tej niesamowitej historii…

A teraz chyba dla kontrastu i poznania drugiej strony medalu siegnelam po ZLODZIEJKE KSIAZEK , ktora sprawila,ze kolejny raz zaskoczylam sama siebie i dostrzeglam to czego wczesniej chyba nie do konca widzialam…

Absolutnie Nigdy nie bylam rasistka ale chyba te dwie rozne ksiazki zmienily moje podejscie do nielatwej histori naszego narodu i postrzegania "naszych sasiadow"…

Zapewne ilu czytajacych tyle roznych opinii i pewnie wlasnie tak powinno byc, by kazdy dostrzegal to co dla niego wazne, ladne, smieszne, urocze…



A ja dzis polecam …

JEZDZCA MIEDZIANEGO …

...o histori pieknej i nie latwej milosci, poswieceniu, stracie, o granicach ludzkiej wytrzymalosci i czlowieczenstwa oraz innemu spojrzeniu na « wroga »…( plus 2 kolejne czesci TATIANA I ALEKSANDER oraz OGROD LETNI)

i

ZLODZIEJKE KSIAZEK… o sile, darzeniu do celu, roznych rodzajach milosci i czlowieczenstwie…

Nie jest mi duzo lzej, nie jest mi mniej smutno, pustka sie nie wypelnila ale chyba na chwile
" zajelam glowe" czyms co dodatkowo sprawilo,ze znowu dostrzeglam druga strone medalu …



wtorek, 22 stycznia 2013

Bol, pustka i .... 7 lat wspomnien...

Pamietam swoj usmiech na twarzy gdy pisalam poprzedni swoj post, pamietam swoj cudny nastroj, swoje pozytywne nastawienie do milo zakonczonego starego roku i przyjemnie rozpoczetego Nowego…

Wiedzialam,ze zapewne czeka mnie duzo nowych sytuacji, nowych zdarzen zarowno tych pieknych jak i smutnych.

…Pomijajac natlok pracy i male klopoty ze zdrowiem pelna wiary, nadzieji i z usmiechem witalam pierwsze dni 2013 roku…

Od kilku dni swiat wyglada szaro, bardzo szaro a mi brakuje sily na najmniejszy usmiech…

7 lat temu gdy wracalam w deszczowy jesienny wieczor z zakupow do domu w ktorym czekal na mnie 2 letni synus na mojej drodze pojawil sie maly, zmokniety, zmarzniety ale o cudownym spojrzeniu futrzak…patrzac w jego oczy mimo wczesniejszych zapewnien samej siebie, ze juz nigdy nie pozwole sobie na jakakolwiek milosc do zwierzecia nie moglam go zostawic… Wbrew pierwszym sprzeciwom malzonka, ktory pamietal dobrze moja rozpacz latem po smierci mojej kotki zdecydowalam,ze musze, zwyczajnie musze, moze nawet nie tyle chce co wlasnie musze go zabrac…

Pierwszego wieczoru po powrocie do domu zanim ugrzalam mleko moj maluni znajda juz spal na fotelu w salonie…

Dni mijaly a on obdarzyl mnie niewiarygodna miloscia, czuloscia i swoja bezustanna obecnoscia…zegnal mnie z kuchennego okna gdy wyjezdzalam rankiem do pracy i czekal popoludniem przed domem

Po okolo roku, tydzien przed pierwszym listopada, gdy wracalam przeszczesliwa z pracy z ogromnym bukietem przepieknych roz jakie udalo mi sie kupic w jednej z kwiaciarni na g rob rodzicow przed bramka spotkalam sasiada, ktory wybiegl i powiedzial,ze Brutus wpadl pod samochod… ze lezal sparalizowany na przeciw naszego domu po drugiej stronie ulicy.

Moja radosc z zakupionych roz zniknela a ja pobieglam na druga strone ulicy by go odnalezc i przyniesc do domu.

Mimo dlugich poszukiwan nigdzie go nie bylo. Z ogromnym smutkiem wrocilam do domu. Pod wieczor zeszlam do piwnicy aby rozpalic w  piecu centralnego ogrzewania gdy nagle uslyszalam mialczenie w okienku… Nie wiem jakim cudem on zdolal sie doczolgac na przednich lapkach ale wrocil do domu tz uskoczyl a raczej wpadl do piwnicznego okienka, ktorego  blaszana pokrywa byla odsunieta…

Brutus wykazal sie wielka wola zycia i milosci…po okolo tygodniu czucie w tylnich lapach wrocilo a on na nowo mruczal i tulil sie do mnie…

Po kolejnym roku zdecydowalismy o wyjezdzie do Francji… nie latwo bylo pozostawic rodzine, przyjaciol choc kazdy z nich zyl swoim zyciem, najtrudniej bylo pozostawic wspomnienia ale wiedzialam jedno,ze Brutus pojedzie z nami!

W grudniu po swietach nasza trojka spakowala walizki i wyruszyla samolotem w nieznane a Brutusek mial dolaczyc do nas po tygodniu…przywiozl go znajomy, ktory mial zaplanowany sluzbowy wyjazd do Francji…
I tak oto moje kochane kocisko przmierzylo 2000km w ciezarowce na miejsce gdzie czekalam na niego JA.

Zmiana miejsca nie byla zapewne dla niego latwa…tym bardziej,ze przez rok mieszkalismy na 11-tym pietrze ale moj zuch pragnacy swobody i swierzego powietrza nauczyl sie nawet sam jezdzic winda…

Jakiez bylo nasze zdziwienie gdy zwieziony na dwor po pewnym czasie stal pod naszymi drzwiami i drapal aby go wpuscic…

Gdy chcial wyjsc na dwor mialczal a my odprowadzalismy go do windy, wciskalismy 0 i nasze kocisko jechalo na parter a potem juz na pobliski skwerek…

Niejednokrotnie czekal obok windy na ktoregos z nas lub na sasiada z naszego pietra…wtedy sam wskakiwal do windy i …wracal do domku…

Pierwsze tygodnie byly dla niego bardzo trudne…raz gdy na samym poczatku poszedl z mezem na spacer na specjalnej smyczy ( z obawy zanim nie pozna dobrze okolicy) nie wiem jakim cudem ale przestraszony czyms popedzil w krzaki wyrywajac smycz.

To byly niewyobrazalnie ciezkie i dlugie 2 tygodnie, kiedy calymi dniami ze lzami w oczach chodzilam po okolicy i nawolywalam go…Brutusiu moj, Brutuniu…ale bez skutecznie.

Nie umiem nawet opisac radosci gdy pewnego poranka wygladajac przez okno dostrzeglam go siedzacego obok naszego bloku…w pizamach, na boso okolo 7 rano pobieglismy po naszego zucha!

Nadszedl wreszcie moment aby kupic dom….latwe to nie bylo ale w koncu sie przeprowadzilismy a ja bylam szczesliwa,ze moj wasaty , futrzany mezczyzna bedzie mial troszke przestrzeni tylko dla siebie…

Jak po kolejnej przeprowadzce latwo mu nie bylo…musial stoczyc bardzi duzo walk z pobliskimi kocurami aby zaznaczyc swoj teren i obecnosc w nowym miejscu.

Kilka razy wracal bardzo pogryziony, podrapany, krwawiacy ale on jakby nic sobie z tego nie robil…zawsze biegl tak samo mi na powitanie, tak samo bezustannie mruczal I domagal sie moich pieszczot a ja niezmiennie od kilku lat powtarzalam: jestes moj kochany…moj Brutuniu sliczny, moje kocisko kochane, takie kochane….i tulilam jego pyszczek.

Cechowala go niewiarygodna sila,upor,umiejetnosc adaptacji do trudnych warunkow,niewiarygodna regeneracja i ogromna milosc,przywiazanie i wiernosc...

1.5 roku temu przez niemal 4 miesiace bylam chora, byl to bardzo trudny i ciezkki dla mnie czas ale nawet na chwile nie pozostawalam sama… gdy maz byl w pracy, synek w szkole on byl na wyciagniecie dloni…bezustannie. Czasami mowilam: Brutuniu, idz…ja sie przespie, idz bo wiedzialam,ze ciagnelo go aby przemierzac swoje sciezki… ale on nie ugiety lezal obok i co chwile zerkal na mnie swoimi slodkimi oczami jakby sprawdzal czy wszystko w porzadku...

Nawet wychodzilam na dwor aby polezec specjalnie na hamaku i zmusic go do choc malego spacer ale on dopoki nie wrocil maz nie ruszal sie na krok…

Od 7 lat byl pierwszym ktory mnie wital kazdego poranka i ostatnim ktory odprowadzal mnie do drzwi sypialni a czasem i  mruczal do snu tulac sie do stop ku niezadowoleniu meza…

Czasami wolal nocowac na dworze…szanowalam jego “ wazne sprawy “ i zawsze z wielkim strachem oczekiwalam poranka aby upewnic sie,ze jest…caly i zdrowy…a on, po kazdej nocy spedzonej na zewnatrz wital mnie na kuchennym oknie…gdy tylko wchodzilam do kuchni witala mnie jego puchata mordka, ktora sprawiala,ze starch mijal a pojawial sie usmiech…

Niemal codziennie po powrocie z pracy czekal na mnie obok drzwi, leniwie sie wylegujac …czasami nieco spozniony biegl szybko slyszac silnik naszego samochodu...

Kazdej wiosny gdy robilo sie cieplo a ja coraz wiecej czasu spedzalam w ogrodzie moje kochane kocisko bezustannie dotrzymywalo mi towarzystwa.

Od kwietnia kiedy zaczynala kwitnac wisteria w jej zaciszu, na ulubionej lawce spedzalam niemal kazda wolna chwile…to moje ulubione miejsce w calym ogrodzie, od okolo 11-tej godziny do okolo 19-tej bezustannie swieci tam slonce…gdy ja wygrzewalam buzie w slonku, popijalam kawe, czytalam ksiazki on niemal zawsze lezal obok lawki ….i mruczal a ja w przerwach czytania, zerkalam na niego i powtarzalam:

...jestes moj kochany…moj Brutuniu sliczny, moje kocisko kochane, takie kochane….moj Brutusiu….




Jesienia zakupilam nowe krzewy roz… Brutus uwaznie mi sie przygladal co sie dzieje w NASZYM ulubionym miejscu…po obu stronach lawki nasadzilam po kilka krzewow roz ale JEGO ulubione miejsce z boku lawki naszego wspolnego leniuchowania zostalo wolne…specjalnie dla niego!

Z koncem grudnia i poczatkiem tego roku gdy pogoda przypominala niemal wiosne kilka razy siedzielismy razem w naszym magicznym miejscu…pamietam jak ostatnim razem gdy siedzialam na lawce a on przyszedl i polozyl sie tam gdzie zawsze powiedzialam do niego:

....oj Brutuniu moj…jeszcze troszke i bedzie wiosna…zobaczysz jak bedziemy mieli tu pieknie…juz nie moglam sie doczekac zapachu wisteria izapachu roz jaki mialy sie pojawic tego lata.
Nawet obiecalam mu,ze tej wiosny na pewno posadze mu obok jego miejsca kocimietke,ktora sprawi iz nasze wspolne chwile beda dla niego jeszcze bardziej urocze.

Dni mijaly i nic sie nie zmienialo ...az do zeszlej srody gdy wrocilam z pracy…
Brutusiu czekal…ale po wejsciu do domu nie pobiegl jak zawsze do miski a do kominka gdzie polozyl sie i zasnal…

Bylam bardzo zdziwiona bo to prawdziwy glodomorek, jedyne czego on w sobie nie ma to umiaru…jego apetyt nigdy nie ma konca a tu…wolal spac…

Wieczorem wolalam go do miski ale on jedynie podniosl glowe, spojrzal na mnie , zamruczal i zostal nadal przy kominku.

Maz widzac moje zdziwienie stwierdzil,ze …pewnie cos , gdzies zjadl z reszta nie pierwszy raz…i na pewno mu przejdzie…jak zawsze!

W czwartek rano gdy wyjezdzalam do pracy Brutusiu nadal spal…nalozylam mu karme do miski i pojechalam.
Po powrocie juz czekal na mnie pod drzwiami, jak zawsze przeciez ale gdy otworzylam drzwi znowu poszedl obok kominka…

Oj juz przestraszylam sie na dobre…wzielam jego ulubionej poledwicy i zanioslam mu drobniutkie kawaleczki, ktore po woli bez zadnej radosci jak dotyczczas wyjadal z mojej dloni…jak zawsze robil to niezwykle delikatnie…dotyk jego pyszczka i czasami musniecie jezyka bylo jak dotyk puchu.
Nie zjadl wszystkiego…jedynie 3 kawaleczki…i mysle,ze zrobil to wylacznie dla mnie…

Wieczor mijal a on lezal i patrzyl na mnie…na sama mysl,ze moze byc chory serce mi zamarlo…glaskalam go bezustannie i powtarzalam to co mowilam mu od niemal 7-miu lat.

Ucalowalam go przed pojsciem spac…i powiedzialam :
...zeby byl dzielny,ze jutro dla pewnosci pojdziemy do lekarza by sprawdzic co sie dzieje…
....do jutra Brutuniu, kochany moj…spij dobrze…do jutra…

Gdy rano obudzil mnie budzik do pracy zeszlam do kuchni, wstawilam wode na kawe, podeszlam do kominka ale jego tam nie bylo…pomyslama,ze moze poczul sie lepiej i  chcial pojsc na dwor a maz go wieczorem wyposcil.

Zalalam kawe , spojrzalamna puste okno w kuchni i zaniepokojona poszlam do lazienki ...a tam lezal on…

Nie umiem opisac co poczulam, co czuje… przez 3 godziny nie umialam od niego odejsc, pierwszy raz gdy szlochajac mowilam: Brutuniu moj, kochany…jestem…on juz nie zamruczal…

Tego dnia po raz pierwszy od kilku lat spadl u nas snieg…

Brutus jeszcze w Polsce uwielbial snieg…

Spadl snieg tak bardzo wyteskniony, wyczekany a ja cierpialam niewyobrazalnie…

Kilka godzin pozniej wiedzialam,ze musi nadejsc ta chwila…nie moglam wybrac innego miejsca…

Zawinietego w kocyk pochowalam go…w NASZYM miejscu…

Inaczej mialo to wygladac, za 3 miesiace milismy znow byc tam razem by  upajac sie kwiatami wisterii oraz oczekiwac na pierwsze kwiaty naszego rozanego zakatka…

W sobote po sniegu nie bylo juz sladu, swiecilo slonce a ja samotnie siedzialam na swojej lawce patrzac na puste miejsce obok…

Jestem Brutusiu, kochany moj, jestem tu z Toba

Nie zaluje tej milosci mimo iz boli, bardzo boli…

…mysle,ze przygarniajac go wiedzialam,ze kiedys bede musiala zaplacic za ta milosc…na poczatku zakladalam,ze nie pokocham go tak mocno by nie cierpiec… ale nie umialam i oddalam mu cale swoje serce, ktorego czesc on zabral ze soba…

Brutus byl nie tylko naszym kotem, byl czlonkiem naszej rodziny na dobre i zle, za kazdym razem dostosowywal sie do nowych i trudnych sytuacji, byl moim przyjacielem, ktorego bardzo mi brakuje!

Od kilku dni lzy plyna same …gdy patrze na puste okno w kuchni i widze pusta szybe , gdy po powrocie z pracy widze pustke… po 7 latach przed domem On juz na mnie nie czeka, gdy samotnie siedze w NASZYM ulubionym miejscu…



… przeciez mialam wiosna posadzic tam kocimietke, specjalnie dla niego, aby sprawic mu radosc, aby nasze wspolne chwile byly dla niego jeszcze bardziej urocze.…

….I posadze ja, tylko nie moge sobie wybaczyc,,ze tak bardzo sie spoznilam…


czwartek, 3 stycznia 2013

Z Nowym Rokiem ... z powiewem wiosny ...

Nowy Rok, nowa kartka przed Nami….oj bardzo jestem ciekawa jakie figle tym razem splata mi los i co nowego, dobrego choc zapewne nie tylko dobrego przyniesie ze soba…



2012…przyniosl mi wiele radosci, cudownych chwil z najblizszymi… pozwolil mi przez niemal 3 miesiace cieszyc sie z odwiedzin siostry z rodzina, uporzadkowac nieco stary ogrod, zaplanowac rozane rabaty, zakochac sie bez pamieci nie tylko w Panu obok ale i zapachu roz…nasza rodzinka powiekszyla sie o mala, futrzana znajde ( Zuzka ma sie wysmienicie, nieustannie przesladuje mnie jak cien …wskakuje na kolana i mruczy laszac sie i lizac swoim szorstkim, malym jezyczkiem…Synus coraz lepiej radzi sobie w szkole, bariera jezykowa po woli zaczyna sie zacierac…choroby sie zdarzaly ale nie przysparzyly nam wielu trosk i zmartwien wiec niemal jakby ich nie bylo…



Poczawszy od cudownego wigilijnego poranka ktory spedzilam na lepieniu pierogow i uszek razem z synusiem w kuchni, oj bedzie z niego kucharz a jesli i nie to jestem pewna,ze jego przyszla malzonka (co bardzo prawdopodobne nie polka niestety) na pewno bedzie musiala sie tego nauczyc….przez wyjatkowa wigilie z naszymi goscmi, radosc syna delektujacego sie wigilija wieczerza …az do wieczornej pasterki w kosciele…bylo cudownie…choc chyba nigdy nie przestane tesknic do dawnych wspomnien

Nowy rok przywitalismy rodzinnie i…zarowno tancami, szampanem jak i fajerwerkami…i w taki oto sposob minelo moje 10 dni urlopu na ktory czekalam z ustesknieniem…

1-szy stycznia 2013 roku okazal sie laskawszy niz myslalam…od 3 dni poranki wygladaja niemal identycznie…niebo jest fascynujace…takie piekne, tajemnicze a jego widok z sypialni po otworzeniu oczu…nieziemski.



Mamy juz swoj maly rytual…od kilku dni nie zamykamy okiennic na noc i w zaleznosci kto pierwszy sie obudzi ( a zdecydowanie czesciej robi to Mateusz )…slysze…najpierw jak glaboko wzdycha by po chwili zawolac:

-Mamus, och…znowu….otworz oczy i spojrz na niebo …. Widzisz jak cudnie ?????

-Widze kochanie, widze !!!!!!!

I za 2 minuty juz pedzi i wskakuje do naszego lozka by polezec tych kilka magicznych chwil razem …i podziwiac to samo niebo…




Grudzien byl bardzo cieply choc deszczowy lecz jego koncowka i pierwsze dni stycznia ( 15-18C) napawaja nadzieja i zdecydowanie ukazuja ten “piekniejszy” swiat…

Ogrod raduje i…mimo iz nadal pusty, wszystko smacznie spi a moze raczej drzemie gdyz wszystki roze posadzone jesienia puscily juz zielone listki, tegoroczne -swoje pieknie przebarwione liscie ogrzewaja w zlocistych promieniach … trawy powiewaja na wietrze i blyszcza sie w sloncu, ptaszki podjadaja, spiewaja od samego rana i wygrzewaja sie na opustoszalych od lisci pedach wisterii…






Zuzia biega za ptakami, wspina sie na drzewa ," lowi" w  stawku...lub smacznie spi w lawendzie upajajac sie promykami slonca…




Chwilami mam wrazenie,ze to wiosna nadeszla…ale zapewne zanim nadedzie ta prawdziwa Pani czeka nas jeszcze wiele “niespodzianek”…






Z tym Nowym Rokiem …dziekuje za poprzedni, pragne jedynie zdrowia dla swojej rodziny a jesli spotkaja mnie jakies dodatkowe nieplanowane przyjemnosci, “bonusy” z usmiechem podziekuje i za nie …!

Procz nieustannego usmiechu mojego dorastajacego “slonca” , bliskosci drugiej czesci mojego tandemu …nic wiecej do szczescia nie potrzebuje… ale czekam i jestem ciekawa co przyniesie tak cudownie rozpoczety rok…



Tak cudownie rozpoczetego Nowego Roku wszystkim zycze, aby los przynosil Nam
 jak najwiecej milych niespodzinaek, radosnyh chwil, abysmy mieli wiecej czasu
dla siebie samych na wlasne radosci, tesknoty ale abysmy znalezi go rowniez dla najblizszych...tych ktorych kochamy najbardziej...
abysmy probowali spelniac swoje skryte marzenia,
doceniali piekno jakie mamy wokol
....i co najwazniejsze... cieszyli sie dobrym zdrowiem!