Pamietam swoj usmiech na twarzy gdy pisalam poprzedni swoj post, pamietam swoj cudny nastroj, swoje pozytywne nastawienie do milo zakonczonego starego roku i przyjemnie rozpoczetego Nowego…
Wiedzialam,ze zapewne czeka mnie duzo nowych sytuacji, nowych zdarzen zarowno tych pieknych jak i smutnych.
…Pomijajac natlok pracy i male klopoty ze zdrowiem pelna wiary, nadzieji i z usmiechem witalam pierwsze dni 2013 roku…
Od kilku dni swiat wyglada szaro, bardzo szaro a mi brakuje sily na najmniejszy usmiech…
7 lat temu gdy wracalam w deszczowy jesienny wieczor z zakupow do domu w ktorym czekal na mnie 2 letni synus na mojej drodze pojawil sie maly, zmokniety, zmarzniety ale o cudownym spojrzeniu futrzak…patrzac w jego oczy mimo wczesniejszych zapewnien samej siebie, ze juz nigdy nie pozwole sobie na jakakolwiek milosc do zwierzecia nie moglam go zostawic… Wbrew pierwszym sprzeciwom malzonka, ktory pamietal dobrze moja rozpacz latem po smierci mojej kotki zdecydowalam,ze musze, zwyczajnie musze, moze nawet nie tyle chce co wlasnie musze go zabrac…
Pierwszego wieczoru po powrocie do domu zanim ugrzalam mleko moj maluni znajda juz spal na fotelu w salonie…
Dni mijaly a on obdarzyl mnie niewiarygodna miloscia, czuloscia i swoja bezustanna obecnoscia…zegnal mnie z kuchennego okna gdy wyjezdzalam rankiem do pracy i czekal popoludniem przed domem
Po okolo roku, tydzien przed pierwszym listopada, gdy wracalam przeszczesliwa z pracy z ogromnym bukietem przepieknych roz jakie udalo mi sie kupic w jednej z kwiaciarni na g rob rodzicow przed bramka spotkalam sasiada, ktory wybiegl i powiedzial,ze Brutus wpadl pod samochod… ze lezal sparalizowany na przeciw naszego domu po drugiej stronie ulicy.
Moja radosc z zakupionych roz zniknela a ja pobieglam na druga strone ulicy by go odnalezc i przyniesc do domu.
Mimo dlugich poszukiwan nigdzie go nie bylo. Z ogromnym smutkiem wrocilam do domu. Pod wieczor zeszlam do piwnicy aby rozpalic w piecu centralnego ogrzewania gdy nagle uslyszalam mialczenie w okienku… Nie wiem jakim cudem on zdolal sie doczolgac na przednich lapkach ale wrocil do domu tz uskoczyl a raczej wpadl do piwnicznego okienka, ktorego blaszana pokrywa byla odsunieta…
Brutus wykazal sie wielka wola zycia i milosci…po okolo tygodniu czucie w tylnich lapach wrocilo a on na nowo mruczal i tulil sie do mnie…
Po kolejnym roku zdecydowalismy o wyjezdzie do Francji… nie latwo bylo pozostawic rodzine, przyjaciol choc kazdy z nich zyl swoim zyciem, najtrudniej bylo pozostawic wspomnienia ale wiedzialam jedno,ze Brutus pojedzie z nami!
W grudniu po swietach nasza trojka spakowala walizki i wyruszyla samolotem w nieznane a Brutusek mial dolaczyc do nas po tygodniu…przywiozl go znajomy, ktory mial zaplanowany sluzbowy wyjazd do Francji…
I tak oto moje kochane kocisko przmierzylo 2000km w ciezarowce na miejsce gdzie czekalam na niego JA.
Zmiana miejsca nie byla zapewne dla niego latwa…tym bardziej,ze przez rok mieszkalismy na 11-tym pietrze ale moj zuch pragnacy swobody i swierzego powietrza nauczyl sie nawet sam jezdzic winda…
Jakiez bylo nasze zdziwienie gdy zwieziony na dwor po pewnym czasie stal pod naszymi drzwiami i drapal aby go wpuscic…
Gdy chcial wyjsc na dwor mialczal a my odprowadzalismy go do windy, wciskalismy 0 i nasze kocisko jechalo na parter a potem juz na pobliski skwerek…
Niejednokrotnie czekal obok windy na ktoregos z nas lub na sasiada z naszego pietra…wtedy sam wskakiwal do windy i …wracal do domku…
Pierwsze tygodnie byly dla niego bardzo trudne…raz gdy na samym poczatku poszedl z mezem na spacer na specjalnej smyczy ( z obawy zanim nie pozna dobrze okolicy) nie wiem jakim cudem ale przestraszony czyms popedzil w krzaki wyrywajac smycz.
To byly niewyobrazalnie ciezkie i dlugie 2 tygodnie, kiedy calymi dniami ze lzami w oczach chodzilam po okolicy i nawolywalam go…Brutusiu moj, Brutuniu…ale bez skutecznie.
Nie umiem nawet opisac radosci gdy pewnego poranka wygladajac przez okno dostrzeglam go siedzacego obok naszego bloku…w pizamach, na boso okolo 7 rano pobieglismy po naszego zucha!
Nadszedl wreszcie moment aby kupic dom….latwe to nie bylo ale w koncu sie przeprowadzilismy a ja bylam szczesliwa,ze moj wasaty , futrzany mezczyzna bedzie mial troszke przestrzeni tylko dla siebie…
Jak po kolejnej przeprowadzce latwo mu nie bylo…musial stoczyc bardzi duzo walk z pobliskimi kocurami aby zaznaczyc swoj teren i obecnosc w nowym miejscu.
Kilka razy wracal bardzo pogryziony, podrapany, krwawiacy ale on jakby nic sobie z tego nie robil…zawsze biegl tak samo mi na powitanie, tak samo bezustannie mruczal I domagal sie moich pieszczot a ja niezmiennie od kilku lat powtarzalam: jestes moj kochany…moj Brutuniu sliczny, moje kocisko kochane, takie kochane….i tulilam jego pyszczek.
Cechowala go niewiarygodna sila,upor,umiejetnosc adaptacji do trudnych warunkow,niewiarygodna regeneracja i ogromna milosc,przywiazanie i wiernosc...
1.5 roku temu przez niemal 4 miesiace bylam chora, byl to bardzo trudny i ciezkki dla mnie czas ale nawet na chwile nie pozostawalam sama… gdy maz byl w pracy, synek w szkole on byl na wyciagniecie dloni…bezustannie. Czasami mowilam: Brutuniu, idz…ja sie przespie, idz bo wiedzialam,ze ciagnelo go aby przemierzac swoje sciezki… ale on nie ugiety lezal obok i co chwile zerkal na mnie swoimi slodkimi oczami jakby sprawdzal czy wszystko w porzadku...
Nawet wychodzilam na dwor aby polezec specjalnie na hamaku i zmusic go do choc malego spacer ale on dopoki nie wrocil maz nie ruszal sie na krok…
Od 7 lat byl pierwszym ktory mnie wital kazdego poranka i ostatnim ktory odprowadzal mnie do drzwi sypialni a czasem i mruczal do snu tulac sie do stop ku niezadowoleniu meza…
Czasami wolal nocowac na dworze…szanowalam jego “ wazne sprawy “ i zawsze z wielkim strachem oczekiwalam poranka aby upewnic sie,ze jest…caly i zdrowy…a on, po kazdej nocy spedzonej na zewnatrz wital mnie na kuchennym oknie…gdy tylko wchodzilam do kuchni witala mnie jego puchata mordka, ktora sprawiala,ze starch mijal a pojawial sie usmiech…
Niemal codziennie po powrocie z pracy czekal na mnie obok drzwi, leniwie sie wylegujac …czasami nieco spozniony biegl szybko slyszac silnik naszego samochodu...
Kazdej wiosny gdy robilo sie cieplo a ja coraz wiecej czasu spedzalam w ogrodzie moje kochane kocisko bezustannie dotrzymywalo mi towarzystwa.
Od kwietnia kiedy zaczynala kwitnac wisteria w jej zaciszu, na ulubionej lawce spedzalam niemal kazda wolna chwile…to moje ulubione miejsce w calym ogrodzie, od okolo 11-tej godziny do okolo 19-tej bezustannie swieci tam slonce…gdy ja wygrzewalam buzie w slonku, popijalam kawe, czytalam ksiazki on niemal zawsze lezal obok lawki ….i mruczal a ja w przerwach czytania, zerkalam na niego i powtarzalam:
...
jestes moj kochany…moj Brutuniu sliczny, moje kocisko kochane, takie kochane….moj Brutusiu….
Jesienia zakupilam nowe krzewy roz… Brutus uwaznie mi sie przygladal co sie dzieje w NASZYM ulubionym miejscu…po obu stronach lawki nasadzilam po kilka krzewow roz ale JEGO ulubione miejsce z boku lawki naszego wspolnego leniuchowania zostalo wolne…specjalnie dla niego!
Z koncem grudnia i poczatkiem tego roku gdy pogoda przypominala niemal wiosne kilka razy siedzielismy razem w naszym magicznym miejscu…pamietam jak ostatnim razem gdy siedzialam na lawce a on przyszedl i polozyl sie tam gdzie zawsze powiedzialam do niego:
....
oj Brutuniu moj…jeszcze troszke i bedzie wiosna…zobaczysz jak bedziemy mieli tu pieknie…juz nie moglam sie doczekac zapachu wisteria izapachu roz jaki mialy sie pojawic tego lata.
Nawet obiecalam mu,ze tej wiosny na pewno posadze mu obok jego miejsca kocimietke,ktora sprawi iz nasze wspolne chwile beda dla niego jeszcze bardziej urocze.
Dni mijaly i nic sie nie zmienialo ...az do zeszlej srody gdy wrocilam z pracy…
Brutusiu czekal…ale po wejsciu do domu nie pobiegl jak zawsze do miski a do kominka gdzie polozyl sie i zasnal…
Bylam bardzo zdziwiona bo to prawdziwy glodomorek, jedyne czego on w sobie nie ma to umiaru…jego apetyt nigdy nie ma konca a tu…wolal spac…
Wieczorem wolalam go do miski ale on jedynie podniosl glowe, spojrzal na mnie , zamruczal i zostal nadal przy kominku.
Maz widzac moje zdziwienie stwierdzil,ze …pewnie cos , gdzies zjadl z reszta nie pierwszy raz…i na pewno mu przejdzie…jak zawsze!
W czwartek rano gdy wyjezdzalam do pracy Brutusiu nadal spal…nalozylam mu karme do miski i pojechalam.
Po powrocie juz czekal na mnie pod drzwiami, jak zawsze przeciez ale gdy otworzylam drzwi znowu poszedl obok kominka…
Oj juz przestraszylam sie na dobre…wzielam jego ulubionej poledwicy i zanioslam mu drobniutkie kawaleczki, ktore po woli bez zadnej radosci jak dotyczczas wyjadal z mojej dloni…jak zawsze robil to niezwykle delikatnie…dotyk jego pyszczka i czasami musniecie jezyka bylo jak dotyk puchu.
Nie zjadl wszystkiego…jedynie 3 kawaleczki…i mysle,ze zrobil to wylacznie dla mnie…
Wieczor mijal a on lezal i patrzyl na mnie…na sama mysl,ze moze byc chory serce mi zamarlo…glaskalam go bezustannie i powtarzalam to co mowilam mu od niemal 7-miu lat.
Ucalowalam go przed pojsciem spac…i powiedzialam :
...zeby byl dzielny,ze jutro dla pewnosci pojdziemy do lekarza by sprawdzic co sie dzieje…
....
do jutra Brutuniu, kochany moj…spij dobrze…do jutra…
Gdy rano obudzil mnie budzik do pracy zeszlam do kuchni, wstawilam wode na kawe, podeszlam do kominka ale jego tam nie bylo…pomyslama,ze moze poczul sie lepiej i chcial pojsc na dwor a maz go wieczorem wyposcil.
Zalalam kawe , spojrzalamna puste okno w kuchni i zaniepokojona poszlam do lazienki ...a tam lezal on…
Nie umiem opisac co poczulam, co czuje… przez 3 godziny nie umialam od niego odejsc, pierwszy raz gdy szlochajac mowilam: Brutuniu moj, kochany…jestem…on juz nie zamruczal…
Tego dnia po raz pierwszy od kilku lat spadl u nas snieg…
Brutus jeszcze w Polsce uwielbial snieg…
Spadl snieg tak bardzo wyteskniony, wyczekany a ja cierpialam niewyobrazalnie…
Kilka godzin pozniej wiedzialam,ze musi nadejsc ta chwila…nie moglam wybrac innego miejsca…
Zawinietego w kocyk pochowalam go…w
NASZYM miejscu…
Inaczej mialo to wygladac, za 3 miesiace milismy znow byc tam razem by upajac sie kwiatami wisterii oraz oczekiwac na pierwsze kwiaty naszego rozanego zakatka…
W sobote po sniegu nie bylo juz sladu, swiecilo slonce a ja samotnie siedzialam na swojej lawce patrzac na puste miejsce obok…
Jestem Brutusiu, kochany moj, jestem tu z Toba …
Nie zaluje tej milosci mimo iz boli, bardzo boli…
…mysle,ze przygarniajac go wiedzialam,ze kiedys bede musiala zaplacic za ta milosc…na poczatku zakladalam,ze nie pokocham go tak mocno by nie cierpiec… ale nie umialam i oddalam mu cale swoje serce, ktorego czesc on zabral ze soba…
Brutus byl nie tylko naszym kotem, byl czlonkiem naszej rodziny na dobre i zle, za kazdym razem dostosowywal sie do nowych i trudnych sytuacji, byl moim przyjacielem, ktorego bardzo mi brakuje!
Od kilku dni lzy plyna same …gdy patrze na puste okno w kuchni i widze pusta szybe , gdy po powrocie z pracy widze pustke… po 7 latach przed domem On juz na mnie nie czeka, gdy samotnie siedze w NASZYM ulubionym miejscu…
… przeciez mialam wiosna posadzic tam kocimietke, specjalnie dla niego, aby sprawic mu radosc, aby nasze wspolne chwile byly dla niego jeszcze bardziej urocze.…
….I posadze ja, tylko nie moge sobie wybaczyc,,ze tak bardzo sie spoznilam…